Blog Polityczny

Pisany przez osobę, która nie narzuca Ci własnego zdania…

 

Reklama:

Michalkiewicz o faszyzmie, wolności i tym jak odróżnić prawicę od lewicy

 

Znalazłem niedawno kilka ciekawych wypowiedzi Stanisława Michalkiewicza (publicysty, jednego z założycieli UPR):

Tu (film poniżej) chodzi mi przede wszystkim o czas od początku, do około 1:15 – później jest tylko kawałek dyskusji z jedną z pań z widowni.

Z powyższym się zgadzam – w większości – ponieważ oczywiście nie uważam braku wiary w Boga za ułomność.

Poniżej natomiast świetna wypowiedź w zasadzie o wolności i tam jak ją niektórzy „pojmują”:

I jeszcze dodatkowy fragment, dla osób, którym spodobał się p. Michalkiewicz. ;)

Cóż mogę dodać? Jedynie tyle, że Michalkiewicz jest na pewno jednym z publicystów, których warto słuchać i czytać.

 

Odpowiedzi na komentarze do wpisu „Aborcja”

 

Zebrało się trochę komentarzy – z uwagi na większe możliwości formatowania tekstu i wygodę, postanowiłem odpisać we wpisie. Wszystkie odpowiedzi dotyczą artykułu Aborcja i można je, w oryginalnej postaci, pod nim znaleźć.

Na wstępie powiem, że komentarze od autora bloga są pisane tylko pod nickiem Administrator. Użytkownik Ja, nie jest związany z blogiem, nie jest jego autorem, ani współautorem, a jedynie czytelnikiem.

@Stanisław Chmielewski

1. Aborcja jest z pewnością zabiciem istoty ludzkiej, ale czy morderstwem? Morderstwem zagrożona jest ofiara z rąk mordercy.

Zagrożone jest dziecko – człowiek. Morderca to w tym wypadku lekarz, działający na polecenie rodziców.

Ofiarą wybierana jest według pewnych kryteriów (motyw morderstwa) ale jednak jest potencjalnie możliwa wobec każdego członka społeczności.

Kryterium morderstwa jest – lekarz morduje dla korzyści finansowej, rodzice chcą tego człowieka [dziecko] zlikwidować. Lekarz może zabić też kogokolwiek innego dla korzyści finansowej – jak to płatny morderca, a rodzice również mogą zlecić czyjeś zabójstwo.

W przypadku aborcji życie dziecka zagrożone jest ze strony swoich własnych rodziców. Aborcja NIE zagraża ani Panu, ani też pańskim dzieciom. Pana zadaniem jest zapewnienie bezpieczeństwa sobie i swojej rodzinie. Pan nie musi obawiać się aborcji. Żadnemu członkowi pańskiej rodziny (narodzonemu, czy tez nie) ona nie zagraża, co innego prawdziwe morderstwo. Według mnie pomylenie pojęć. Niepotrzebne, wprowadza tylko zamieszanie.

I dalej cytat:

2.Jeżeli uważa Pan aborcję za morderstwo to powinien się Pan domagać kary śmierci dla matki. I teraz sytuacja. Jest Pana rodzina i żyjecie sobie w spokoju. Jest również rodzina sąsiada: ojciec, matka i dwójka dzieci. Sąsiadka zachodzi w kolejną ciąże i dokonuje aborcji. Przychodzi Pan i mówi, że było morderstwo, więc matka trafia na szafot czy też na 25lat więzienia. Dwójka małych dzieci wychowuje się jako sieroty. O to Panu chodzi? Co Panu do tego? Do jakiejś innej rodziny, niż pańska?

Ależ proszę Pana! Tutaj będę obstawał przy swoim – powiedział Pan, że aborcja zagraża mi mniej niż inne morderstwo. Może się na pierwszy rzut oka wydawać logiczne, jednak to bzdura. Weźmy najpierw to przywołane przez Pana „zwykłe” morderstwo: To, że ktoś zamordował innego człowieka, nie oznacza, że musi chcieć zamordować też mnie. Podobnie rzecz wygląda z kradzieżą – jeżeli ktoś okradł sąsiada – niekoniecznie okradnie też mnie. Czy z tego powodu mam nie proponować ukarania osoby dokonującej tego procederu? Ja uważam, że powinienem, bowiem mogę czuć się zagrożony – Pan oczywiście w tych wypadkach również, jednak widzę niespójność w myśleniu w kontekście aborcji – nie zagraża mi tak samo, jak nie zagraża mi to, ze ktoś zamordował sąsiada, a i tak zależy mi na tym, żeby ukarano mordercę. W obu przypadkach ktoś morduje człowieka i na to się nie zgadzam. Wróćmy więc do tematu aborcji – lekarz zabija dziecko – to jest fakt, podobnie sam Pan napisał „Aborcja jest z pewnością zabiciem istoty ludzkiej”, więc tu się, jak przypuszczam, zgadzamy. Zgodnie z tą informacją istnieje ryzyko że zabije też inne dziecko (oczywiście lekarz, nawet dokonujący aborcji i jednocześnie zabijający inne dzieci, to rzadkość, ale jest to możliwe) – już narodzone lub jeszcze nie. W tym momencie jest to dla mnie niebezpieczny człowiek – może bowiem tego morderstwa dokonać na moim dziecku. Widzi Pan zbieżność? Jest to ten sam typ ryzyka, co w wypadku kradzieży – ja też mogę być okradziony i moje dziecko też – narodzone lub nie – może być zabite, a więc czyn zamordowania dziecka, nawet jeśli dziecko nie jest moje, nie może być mi obojętny. Rozumiem pański tok rozumowania „to że ktoś zabije swoje dziecko to jego sprawa, moje dzieci są bezpieczne”, ale się z nim kompletnie nie zgadzam, najlepiej spojrzeć na wyżej wymienione przykłady innych przestępstw.

Pytanie jest takie, czy dzieci są rodziców czy są państwowe? Jeżeli są rodziców to państwo nie powinno się wypowiadać w kwestii aborcji tak samo jak nie powinno się wypowiadać w kwestii 6-latków i ich pierwszych klas.

Dzieci są rodziców, ale nie są rzeczą, są ludźmi. Jeśli przyjmiemy tok, że są ich WŁASNOŚCIĄ, to dojdziemy do momentu, w którym rodzic może zabić nawet dziesięcioletnie, lub starsze, dziecko i idąc nim dalej – że nie powinni być ukarani. Uważam, że powinien Pan przemyśleć ten punkt, bo dalsza wypowiedź o możliwości sprzedaży dziecka utwierdza mnie tylko w przekonaniu, że uważa Pan dzieci za rzecz – od handlu dziećmi jest już bardzo blisko do niewolnictwa. To w zasadzie to samo.

Sąsiadka zachodzi w kolejną ciąże i dokonuje aborcji. Przychodzi Pan i mówi, że było morderstwo, więc matka trafia na szafot czy też na 25lat więzienia. Dwójka małych dzieci wychowuje się jako sieroty.

Napisałem, że lekarz powinien być karany, celowo nie pisząc o matce, bo to kwestia skomplikowana. Na pewno jest zleceniodawcą, jednak sąd powinien wziąć pod uwagę to czy ma też inne dzieci i jej sytuację. Surowe ukaranie jej co prawda zaszkodzi dzieciom, jednak czy z tego powodu przestępstwo ma być bezkarne? Idźmy dalej – ta kobieta zleciła by morderstwo, albo nawet sama zabiła kogoś innego – dalej mamy ją zostawić w spokoju, by mogła wychowywać dzieci? Przyznam od razu, że dzieci jeszcze nie mam – ale nie sądzę, by dobrym wyjściem był immunitet na przestępstwa dla mnie, gdy już będę miał dzieci, dlatego by nie wychowywały się jako sieroty…

Zarzut był inny. Mianowicie taki, że w przypadku aborcji to rodzice zabijają własne dziecko, taka jest definicja aborcji. Natomiast gdy mówimy o morderstwach to chodzi o członków różnych rodzin.

A więc aborcja to morderstwo wykonane na członku rodziny. Różnica semantyczna i nie ma co toczyć o to sporu.

To co Pan proponuje natomiast nie spełnia wymogów logiki.

Cóż, ja uważam z kolei, że to co proponuję i piszę jest logiczne (dziwnym byłoby gdybym myślał inaczej i mimo to to publikował, czyż nie?). Ponadto myślę, że wychodzi Pan czasem z błędnych założeń i wyciąga niebezpieczne wnioski. Kilka postów dalej:

Jeżeli pozwolimy aby to urzędnik decydował o życiu bądź śmierci dziecka to o ileż bardziej zrozumiałym jest aby decydował o jego edukacji, ubezpieczeniu, leczeniu, etc

Urzędnik nie ma decydować o życiu i śmierci dziecka, a jedynie nie pozwolić go bezkarnie zabić.

@Ja

Napisałeś, że uważasz za słuszne mordowanie nienarodzonych dzieci w tych dwóch przypadkach. Rzeczywiście naruszają one wolność kobiety, ale co z wolnością dziecka? Przecież dziecko nie zrobiło tego umyślnie… I to, że godzi w wolność kobiety to oznacza, że dziecko traci prawo do życia? A kara śmierci powinna być karalna tylko w wypadku morderstwa, czyli UMYŚLNEGO zabójstwa, ale nie za usiłowanie, ani w przypadku nieświadomego zabójstwa (jako konserwatywny liberał na pewno o tym wiesz). A dziecko przecież nie zagraża umyślnie życiu matki.

Od razu powiem, że ten punkt jest kwestią chyba najbardziej sporną. Prawdą jest, że dziecko nie zrobiło tego umyślnie, jednak należy spojrzeć na to jeszcze raz, z punktu wolnościowego: podczas ciąży, kobieta nie ingeruje w płód, ani jego wolność, natomiast on – już tak. Spróbujmy to opisać nie używając słowa „kobieta” i „dziecko”, zamiast tego określmy ich osoba A i osoba B. Osoba A żyje sobie spokojnie, aż nagle osoba B wchodzi na „jej teren” i grozi jej śmiercią (przypadek pierwszy) lub zajmuje ogromną część jej wolności (łącznie z najbliższą jej częścią – ciałem) (przypadek drugi). Osoba A, ma więc prawo sobie tego nie życzyć. W wypadku ciąży, niestety, jedynym wyjściem jest pozbawienie tego płodu życia (lub fizyczne wyjęcie go w całości, czego i tak by nie przeżył). Jest to może drastyczna metoda, ale w tym wypadku jedyna, aby obronić wolność tej kobiety. Jeśli ktoś przychodzi mnie zabić, a ja zabiję jego – nikt nie przejmuje się jego wolnością, bo to on wtargnął na „mój teren”. Nie jestem zwolennikiem mordowania każdego, kto ingeruje w wolność drugiego człowieka, a jedynie w możliwość jego obrony przed tym. Nie chcę też karać płodu śmiercią, za usiłowanie zabójstwa, a pozwolić kobiecie się bronić, gdy ktoś na niej tego dokonać usiłuje. Można polemizować z zasadą „My home is my castle”, jednak nie można podważać stwierdzenia „My body is MINE!”. Ciało kobiety jest przede wszystkim jej i ma prawo o nim decydować jak tylko chce… (ciąża „z przypadku” i zaplanowana się nie liczą, bo kobieta bierze na siebie odpowiedzialność – piszę dla przypomnienia, więcej w artykule Aborcja)

@złykomunista

http://morag.wm.pl/Zamordowano-kobiete-w-ciazy,84998 Jeżeli płód jest człowiekiem, czemu mówi się o zamordowaniu kobiety w ciąży a nie dwóch osób? Dlaczego w ogóle użyłeś w tekście słowa „płód” zamiast „człowiek w fazie płodowej”?

To, że „tak się mówi” to nie dowód, ani nawet nie przesłanka, że płód, to nie człowiek. Mówi się wiele, np. że „płacę za prąd”, tymczasem płacę za pracę, którą on wykonał lub inaczej: po prostu za energię. A więc mówi się tak, bo… kobieta była w ciąży – w tym fakcie zawiera się kolejny, że zginęło oczywiście również dziecko. „Zamordowano kobietę w ciąży” nie oznacza jeszcze, że autor nie uznaje płodu za człowieka, spokojnie z tą interpretacją. Swoją drogą – dziwne pytanie, podobnie jak drugie – skoro mówię, że płód to to samo, co „człowiek w fazie płodowej”, to przecież spokojnie mogę używać tych sformułowań jako synonimów, coś tu jest nie tak?

Zresztą, zgodnie z logiką, że aborcja jest morderstwem, to poronienie jest nieumyślnym spowodowaniem śmierci, czyli kobiety też za to powinny być karane.

Pytanie: czy nieumyślne spowodowanie śmierci powinno być karane? Czy KAŻDE nieumyślne spowodowanie śmierci powinno być karane? I najważniejsze: czy aby na pewno można w tym wypadku uznać to za nieumyślne spowodowanie śmierci? Jak chcesz udowodnić, że powodem było zachowanie kobiety, a nie coś innego?

A jesteś wegetarianinem? Jeśli nie, to zobacz jak wygląda ubój http://www.youtube.com/watch?v=T0J1E2TwxWQ Jest to chyba drastyczniejsze niż jakakolwiek aborcja, bo te zwierzęta mają samoświadomość, czują strach.

Nie jestem wegetarianinem i doskonale wiem jak wygląda ubój, bo widziałem to na własne oczy. Zwierzęta owszem, czują strach, jednak aktualnie (przynajmniej w Polsce), w masarniach, zabija je się czymś w rodzaju pistoletu elektrycznego. Giną szybko, a nie rozrywane jak dzieci. Dzieci cierpią bardziej. Poza tym to zwierzęta…, napisałeś, że mają samoświadomość – jednak nie ma żadnych dowodów na to na ile rozumieją co się wokół nich dzieje. Prawdopodobnie część z nich, jak słonie, mają nawet świadomość swojej śmiertelności, z kolei inne, najprawdopodobniej podążają za instynktem przetrwania. Ich mięso ponadto jest dla nas niezastąpione (tylko w mięsie znajdują się wszystkie aminokwasy nam potrzebne).

Inna rzecz, że prawdopodobnie, gdyby Cię matka nienawidziła i oskarżała o np. zniszczenie jej kariery o to, że Twój ojciec ją porzucił, albo oddała do sierocińca prawdopodobnie byłbyś skrzywiony a pewnie był niebezpieczeństwem dla siebie samego a może nawet dla społeczeństwa.

Matka może mieć pretensje tylko do siebie, że zdecydowała się na seks i wzięła na siebie odpowiedzialność zajścia w ciążę.
Co do cytatu: PRAWDOPODOBNIE – czy dla tego „prawdopodobnie” mam pozwalać zabijać dzieci? Nie można ocenić prawdopodobieństwa, a nawet gdyby można było uznać, że wiele dzieci takich się stanie, to nie można moralnie zezwalać na taki proceder z uwagi nawet na tę małą część, która nie będzie niebezpieczna. Mimo to nie zgadzam się, że większość ludzi wychodzących z domu dziecka będzie przestępcami. Poza tym nie proponuje utrzymywania domów dziecka – to w ostateczności. Należy starać się robić wszystko by te dzieci mogły znaleźć normalny dom. Poza tym szacuję, że w ogromnych ilościach przypadków ludzie po narodzinach jednak nie chcą dziecka oddać (patrz: surogatki, które nie oddają dzieci rodzicom pomimo, że miały je tylko urodzić). Artykuł z Focusa, który podałeś znam, mam ten numer gazety – czułość jest bardzo ważna, stąd dzieci powinny się wychowywać w domach, w rodzinie.

teraz pomyśl, czy ratowanie tego płodu tylko po to, żeby żył przez wiele lat w nieszczęściu bycia porzuconym, albo w jakiś sposób przenieść nienawiść z matki na kogokolwiek i go będzie dręczył, szykanował, albo nawet zabije.

Skąd te pewność? Odpisałem trochę wyżej na podobne pytanie. To może odwrócę pytanie: czy dlatego, że taka osoba MOŻE być w przyszłości niebezpieczna mam ją zabić? Mamy likwidować też dzieci już będące w domach dziecka lub inne agresywne, bo „prawdopodobnie będą wyładowywać nienawiść na innych”?

Wybacz chaotyczność mojej wypowiedzi.

Wybaczam, nie szkodzi. Gdyby moja była chaotyczna, proszę o to samo.

 

Aborcja

 

(Ostatnio zaniedbałem blog – głównie z powodu wielu obowiązków – czyli braku czasu. Mam nadzieję, że to się zmieni.)

Postanowiłem tym razem wziąć się za temat poważny – poważny moralnie, a mianowicie aborcję. Ostatnio sporo myślałem i trochę dyskutowałem nad tym problemem, przede wszystkim pod względem moralnym, etycznym i wolnościowym. Zacząłem skrupulatnie rozpatrywać całe zagadnienie od początku do końca, dochodząc do pewnego wniosku – aborcja na życzenie nie może być dozwolona w żadnym wypadku. Sądząc po moich poglądach wydaje się to być oczywiste i samo to, że tak twierdzę jeszcze niczego nie udowadnia, dlatego w dalszej części artykułu pokażę, że większość „argumentów” za aborcją jest kompletnie pozbawiona sensu. Najmniejszego.

1. Czym jest morderstwo i czy można nazwać nim aborcję.
2.Jeśli aborcja jest morderstwem to czy może być stosowana w sytuacjach szczególnych?
3. Inne argumenty zwolenników powszechnego dostępu do aborcji i ich sens.

 

1. Czym jest morderstwo i czy można nazwać nim aborcję.
Morderstwo (czy też zabójstwo) to umyślne spowodowanie śmierci człowieka. Od razu tu natrafiamy na punkt, do którego najczęściej przyczepiają się zwolennicy aborcji na życzenie, twierdząc, że „zarodek to jeszcze nie człowiek” i uparcie w tym trwają – dla przykładu: ostatnio dyskutując z pewną kobietą na ten temat usłyszałem „Zarodek to jeszcze nie człowiek i jeśli Pan uważa inaczej, to nie mamy o czym dyskutować” – pozwól, Czytelniku, że zmienię trochę to zdanie tak, żeby pozostawić sens – inaczej mówiąc „Nie będę dyskutować na temat czy aborcja jest morderstwem, jeśli Pan nie uzna, że nim nie jest”. Sens tych słów, a raczej jego brak pozostawię bez komentarza, bo najzwyczajniej szkoda czasu, warto raczej spojrzeć na sposób „myślenia” jego autorki – niestety typowej przedstawicielki zwolenników aborcji.
Powiedziałem już, że moim zdaniem aborcja jest morderstwem – teraz czas na dowód tego twierdzenia – jest prosty. Nie stoi zanim żadna religia, żaden „ciemnogród”, żadna „kolonia Watykanu”, żadni „katole” (wszystkie te określenia możemy znaleźć w ustach i piórach wszelkiej maści „postępowców”, których jedną z przedstawicielek opisałem akapit wcześniej), a po prostu biologia. JEDYNYM momentem, w którym można uznać powstanie organizmu jest zapłodnienie czyli połączenie męskiej i żeńskiej gamety. Uczy się o tym już w 4 klasie szkoły podstawowej tym dziwniejsze jest, że przemyka to w mediach niezauważone – po prostu z tym argumentem nie da się dyskutować – uważam, że zwolennikom na rękę jest udawać, że nie istnieje. Kontynuując: nie można przyjąć innego momentu, ponieważ kiedy miałby on być? W 8 miesiącu? Wtedy jest to już zdolne do samodzielnego życia dziecko i tak późną aborcję mało kto proponuje – pójdźmy więc dalej – 7, 6, 5, 4, 3? A może 3 miesiąc, jeden tydzień, 3 dni i 7 minut? Takie wyznaczanie jest absurdalne i sprowadzać by się mogło tylko do tego, że zabijamy dzieci, które jeszcze nie potrafią krzyczeć, udając, że z tego powodu to jeszcze nie ludzi. Nie polecam nikomu filmu z aborcji dziecka, szczególnie ludziom wrażliwym, ale co niektórym zwolennikom aborcji chyba by się przydał…

2. Jeśli aborcja jest morderstwem to czy może być stosowana w sytuacjach szczególnych?
Istnieje zdanie, jest nawet dość popularne, że skoro aborcja jest morderstwem to nie powinna być dozwolona w żadnym przypadku, a jeżeli nie jest, to powinna być dozwolona całkowicie. Do teraz ustaliliśmy – jest ona morderstwem, co zgodnie z tym założeniem powinno dać wniosek o jej całkowitym zakazaniu. Czy można mieć (nieco) inne zdanie? Można.
O ile pierwszy śródtytuł opierał się na faktach, to tu w moim zdaniu można dostrzec subiektywizm – wyznaję bowiem (w moim mniemaniu rozsądną i niepodważalną, a więc chyba jednak obiektywną) zasadę „Wolność twojej pięści jest ograniczona tylko bliskością mojego nosa”. Zgodnie z tą zasadą, w przypadku próby aborcji, matka (i współodpowiedzialny, za aborcję – morderstwo, lekarz) swoją „pięścią” uderzają w wolność i prawo do życia dziecka. Jest to więc w duchu ww. zasady działanie niedopuszczalne.
Różnej maści lewicowe światopoglądowo (jak sami siebie lubią nazywać „postępowcy” czy „ludzie nowocześni”) środowiska twierdzą natomiast, że to wolność kobiety jest ograniczona przez płód – owszem, jest…! Ale do cholery ciąża nie bierze się znikąd! Lewica (rozumiana w sposób opisany wyżej) nie rozumie, a raczej nie chce zrozumieć słowa ODPOWIEDZIALNOŚĆ. Ci ludzie nawet nie chcą wiedzieć o jego istnieniu i szczerze tego słowa nienawidzą. Człowiek – zarówno mężczyzna jak i kobieta – musi się liczyć z konsekwencją swoich działań, a w tym przypadku seks niesie za sobą ryzyko zajścia w ciążę. Kobieta więc decydując się na stosunek jest świadoma konsekwencji, a tym samym dopuszcza możliwość ingerowania w jej wolność przez płód. Dochodzimy przy okazji do drugiej ważnej zasady, opartej na odpowiedzialności: „Każdy jest kowalem / panem własnego losu”.
Istnieją jednak dwa – trzy przypadki szczególne – gdy ciąża jest wynikiem gwałtu (przestępstwa) lub życie matki jest zagrożone.

W pierwszym przypadku kobieta nie miała  wpływu na swoje działanie, nie ponosi więc odpowiedzialności – dziecko ingeruje więc w jej wolność i kobieta może sobie tego po prostu nie życzyć.
W drugim przypadku kobieta ma prawo zabić w obronie własnej – jeśli czuje zagrożenie życia.

Obydwa powyższe szczególne przypadki opierają się na zasadzie „o wolności pięści i nosie”. Zapewne czytelnik zastanawia się nad wspomnianym trzecim przypadkiem i, o ile zna trzeci możliwy przypadek dopuszczania aborcji w Polsce, przypuszczam, że sądzi, że jest ona zbieżna z moim zdaniem – no właśnie nie do końca. Poprzednie dwa przypadki są, uważam – słuszne. Dopuszczany przez prawo, natomiast trzeci mówi o możliwości przerwania ciąży w przypadku nieodwracalnej choroby (genetycznej, śmiertelnej) dziecka. Niektórym może wydawać się dopuszczalne, ale… toż to eugenika! W dodatku kojarząca się z Akcją T4 w III Rzeszy! „Dziecko będzie chore? Zabijmy je!” – tylko dlaczego nie zabijamy w takim razie chorych dzieci, które już się urodziły? Powtarzam – płód = dziecko = człowiek.
W moim odczuciu aborcji można dokonać (nie licząc dwóch poprzednich przypadków) tylko w przypadku niedorozwoju płodu takich jak fizyczny brak serca, mózgu, czy innych organów, co w 100% uniemożliwiałyby życie takiego organizmu po porodzie. Co do tego nikt chyba nie ma wątpliwości.

 

3. Inne argumenty zwolenników powszechnego dostępu do aborcji i ich sens.

Środowiska  proaborcyjne często mówią o innych argumentach „świadczących” za, oto kilka z tych, które znalazłem:

A) W krajach, w których dostęp do aborcji jest powszechny dokonuje się ich mniej i w lepszych warunkach, ponieważ kobiety mają dostęp do psychologa i innych form pomocy.
Należy zauważyć, że takie rozumowanie jest błędne. Nie legalizujemy kradzieży, bo mimo zakazu się kradnie. Nie legalizujemy też morderstw „bo ludzie i tak się mordują”. Poza tym wątpię w statystyki mówiące o ilościach dokonywanych aborcji w podziemiu. Są to szacunki, a badania takie zamawiają najczęściej właśnie środowiska propagujące aborcję.
Podsumowując: w takim wypadku należy ograniczać możliwości dokonywania aborcji i walczyć z pełną surowością z podziemiem (włącznie z karą śmierci dla lekarzy), a to drastycznie zmniejszy jego działalność.

B) Aborcja to nie morderstwo, bo w innych krajach jest dozwolona, a na Słowacji to nawet konstytucyjne prawo kobiety.
Błąd logiczny – to, że jest dozwolona w innych krajach nie świadczy o tym, że nie jest morderstwem, a tylko o tym, że w tych krajach taki rodzaj morderstwa jest dozwolony.

C) Lepiej dokonać aborcji niż pozwolić by dziecko żyło niekochane i niechciane.
„Za aborcją są najczęściej te osoby, którym skrobanka już nie grozi.” (parafraza słów JKM)
Uważam, że akurat takiej decyzji nie można podjąć bez zgody… dziecka. To, że komuś się może wydawać „wolałbym być poddany aborcji niż żyć jako niechciane i niekochane dziecko” nie oznacza, że każdy tak uważa. Idąc dalej tą drogą doszlibyśmy do momentu, w którym postanowilibyśmy zabijać wszystkie niechciane dzieci? Dziecko w okresie ciąży = człowiek, co podkreślałem już wcześniej, dlatego nie ma różnicy pomiędzy zabiciem go w okresie płodowym i późniejszym. No może jedna różnica jest – może łatwiej zadusić w sobie wyrzuty sumienia w tym pierwszym przypadku. Odpowiedzialność moralna jest jednak taka sama.

Jeśli pomimo przeczytania tego artykułu dalej jesteś za aborcją na życzenie lub ciągle się wahasz przeczytaj ten akapit: Użyj google, wyszukaj hasło „aborcja”, kliknij w menu na „grafika” (są to ogólnodostępne zdjęcia, dostęp do nich jest w pełni legalny) i zapytaj sam siebie – czy to nie jest człowiek? Czy to nie jest morderstwo? I czy byłbyś w stanie dokonać takiego czynu? Wiesz jak to się dokonuje? Płód jest rozrywany, odrywa mu się rączki, nóżki… Dojrzalsze płody krzyczą, bronią się rączkami, a po tym metalowymi narzędziami odrywa im się głowę. Za ostro? Nie wolno tak pisać? Dlaczego? Bo nie jest to poprawne politycznie? Bo odrywa to Cię od snu i pokazuje rzeczywistość? To właśnie jest aborcja i tak jej się dokonuje. Nie inaczej. OTWÓRZ OCZY PRZESTAŃ W KOŃCU ŚNIĆ*!

* - Wielkimi literami cytat z piosenki „Duch Epoki” zespołu Hunter, piosenka bynajmniej nie o aborcji.

 

Wróciłem z Marszu

 

Wróciłem z Marszu. Na koniec, podczas przemówień, został rozwiązany przez policję na Placu na Rozdrożu. Powód jest mi nieznany, nie był znany również organizatorom – o czym poinformowali przez głośniki, ale zaapelowali do rozejścia się i wyznaczenia dróg przez policję do tego celu.
Marsz miał rozpocząć się na pl. Konstytucji, jednak doszło tam najprawdopodobniej do aktu sabotażu i starcia jakiejś grupy z policją (na razie nie wiem co to za grupa, prawdopodobnie zakamuflowani w tłumie lewicowcy).
Marsz, wtedy jeszcze nie rozpoczęty, cofnął się na wysokości Metra Politechnika, następnie przeszliśmy przez pl. Unii Lubelskiej i ulicą Belwederską przy łazienkach (a więc i Belwederze oraz kancelarii premiera) do Placu na Rozdrożu.

Marsz przebiegał spokojnie, nie dostrzegłem aktów agresji. Widziałem za to rodziny z dziećmi i różne środowiska.
Ludzi było naprawdę wielu, organizatorzy w trakcie podawali, że kilkadziesiąt tysięcy i sądzę, że ta liczba jest realna.

Organizatorzy apelowali na Placu na Rozdrożu o „przejście dla policji, do płonącego samochodu”. Policja przeszła, jednak niezbyt grzecznie, bo używała tarcz do rozpychania. Samochodu stojącego w płomieniach nie widziałem, ale już teraz, w domu dowiedziałem się, że był to prawdopodobnie wóz TVN24.

Po rozwiązaniu głosy słyszałem głosy o kompromitacji służb – rozwiązanie marszu nie było niczym uzasadnione, przynajmniej biorąc pod uwagę moją wiedzę, jako uczestnika.
Szersza relacja lub ocena gdy wrócę do domu, prawdopodobnie dopiero jutro lub późno w nocy.

Było nas naprawdę wielu.

 

Marsz Niepodległości „Ukradł patriotyzm”?

 
Marsz Niepodległości
Uczestnicy ubiegłorocznego Marszu Niepodległości

Powoli zaczynam przygotowywać się na wyjście na Marsz Niepodległości, od wczoraj jestem już w Warszawie. Dopiero dzisiaj zobaczyłem wpis na oficjalnej stronie Marszu, z 9 listopada – autorem artykułu jest osoba o nicku Dębowy z narodowalodz.blogspot.com- bardzo ciekawy i wart zacytowania, sam bym tego lepiej nie ujął.

Kilka dni temu dotarła do mnie wiadomość, że na własnej posesji został pobity 22-latek. Stało się to gdzieś na południu województwa lubelskiego. 20-letnia matka jego dziecka po wielomiesięcznej nieobecności i obojętności wobec losu potomstwa pojawiła się nagle z bandą opryszków by odebrać synka. Ojciec chłopca nie chciał oddać swojego dziecka pod opiekę komuś, kto wcześniej kompletnie nie interesował się jego wychowaniem. W moich oczach młody ojciec postąpił słusznie – nie mam co do tego wątpliwości. Podobną słuszność odczuwam, gdy myślę o nadchodzącym Marszu Niepodległości. Ktoś oczywiście może się zastanawiać: skąd właściwie takie porównanie? Postaram się więc to wyjaśnić.

W ostatnim czasie środowiska lewicowe prowadzą wzmożoną nagonkę na organizatorów i uczestników nadchodzącego Marszu Niepodległości. Próbuje się ich na siłę powiązać z ideologią neonazizmu. Przedstawia się całe wydarzenie jako spektakl patriotyzmu „złego”, „chorego na faszyzm”, który konfrontuje się z patriotyzmem „dobrym”, który ma być zaprezentowany na imprezie pod tytułem „Kolorowa Niepodległa” oraz na blokadzie Marszu organizowanym przez Porozumienie 11 Listopada. Na czym ten „dobry” patriotyzm ma polegać? Trudne pytanie, bo tworzyć go mają anarchiści, feministki, aktywiści homoseksualni, antyteiści, antyfaszystowscy terroryści bijący przeciwników politycznych młotkami… Tylko gdzie w tym wszystkim miejsce na polskość?

W niedawnej debacie na temat dzisiejszego patriotyzmu w radiu Roxy FM, która w gruncie rzeczy była debatą zwolenników i przeciwników Marszu Niepodległości, pisarka Sylwia Chutnik, stojąca w opozycji wobec idei Marszu, stwierdziła, że według niej pojęcie patriotyzmu zostało skradzione i zaprzepaszczone przez „skrajną prawicę”. Jest to bardzo ciekawe stwierdzenie, które dało mi poważnie do myślenia, bo mając na uwadze wymienione kilka linijek wyżej środowiska mające brać udział w „Kolorowej Niepodległej”, trudno jest znaleźć w tej alternatywie dla Marszu jakiekolwiek odwołania do patriotyzmu. Gazeta Wyborcza, wiodąca prym w złej promocji Marszu Niepodległości, opublikowała swego czasu artykuł Tomasza Żuradzkiego pod tytułem Patriotyzm jest jak rasizm. Czy więc uprawnione jest stwierdzenie pani Chutnik o jakiejś kradzieży patriotyzmu? A może tzw. postępowa lewica i kibicujące jej media dawno już się po prostu patriotyzmu wyparły? Podobnie jak matka, która przestała się zajmować swoim synkiem, więc zajął się nim jego ojciec.

Sęk w tym, że ta matka wróciła, w dodatku z zamaskowanymi i uzbrojonymi kolegami. Podobnie chce zrobić tzw. postępowa lewica w towarzystwie swoich kolegów z antify i odebrać nam patriotyzm, który już dawno olała i z którym nie ma kompletnie nic wspólnego. Dlaczego środowiska skupione wokół Porozumienia 11 Listopada nie powiedzą uczciwie, że z patriotyzmem im nie po drodze i będą protestować przeciwko Marszowi Niepodległości jako ci, którym Polska niepodległa nie jest do niczego potrzebna? W końcu jeden z uczestników zeszłorocznych blokad Marszu bez zażenowania stwierdził przed kamerami, że w nowoczesnym państwie nie ma miejsca na takie pseudowartości, jak naród. Bądźmy uczciwi i powiedzmy sobie wprost – Marsz Niepodległości zamierzają blokować antypatrioci. O wiarygodności słów Seweryna Blumsztajna, publicysty Gazety Wyborczej oraz gorącego entuzjasty zeszłorocznych i nadchodzących blokad, o prezentowaniu przez niego Polski Piłsudskiego, w opozycji do Polski Dmowskiego, niech świadczy fakt, że Marsz Niepodległości wsparł Jan Józef Kasprzyk, prezes Związku Piłsudczyków i Komendant Marszu Szlakiem I Kompanii Kadrowej. Co to wszystko oznacza? Tylko tyle, że pojęcie patriotyzmu ma nadal pozytywny odbiór w społeczeństwie. Jest to jedyny powód, dla którego tzw. postępowa lewica rości sobie prawo do patriotyzmu, a właściwie tylko do pustego pojęcia, nie do postawy. Jeśli ludzie zapomną, że jest coś takiego, jak patriotyzm, lewica go porzuci i nie będzie o niego walczyć. Dla nich patriotyzm nie jest wartością, ale zabobonem, który chwilowo można wykorzystać w celach marketingowych. Dlatego to właśnie Marsz Niepodległości ma w swym komitecie poparcia weteranów AK i NSZ, natomiast jego przeciwnicy wspierają się „autorytetem” serialowych gwiazdek oglądanych masowo pod kolację w ramach odmóżdżenia.

Trudno więc powiedzieć, że ludzie, którzy spotkają się w piątek na Marszu Niepodległości, ukradli patriotyzm. Śmiem twierdzić, że oni się nim zaopiekowali. Jako jedyni. Podobnie jak młody ojciec zaopiekował się swoim dzieckiem, zapomnianym przez jego matkę. Zapraszam więc wszystkich polskich patriotów w najbliższy piątek, 11.11.11., do Warszawy na plac Konstytucji o godzinie 15:00. Nie dajmy sobie odebrać polskości. Do zobaczenia!

Dębowy

Za: http://narodowalodz.blogspot.com/2011/11/ukradlismy-patriotyzm.html

______

Strona www Marszu: http://niepodlegli.net/

Start w piątek, pl. Konstytucji, Warszawa, godzina 15:00.

_______________________________________________________________

Na stronie pojawiło się pole Facebookowe – jeśli uważasz, że blog jest warty uwagi i korzystasz z tego portalu – „polub” blog.

Przypominam też o możliwości zapisania się do Newslettera – podobnie jak Facebook – po prawej stronie bloga.

______

Do zobaczenia również ode mnie.

Oraz pozdrowienia dla osób, które chcą przyjść, ale nie mogą, bądźcie z nami myślami.

 

Marsz Niepodległościa

 
Logo Marszu Niepodległości
Logo Marszu Niepodległości

„Gdy obstrukcjoniści staną się zbyt irytujący, nazwijcie ich faszystami, nazistami albo antysemitami. Skojarzenie to, wystarczająco często powtarzane, stanie się faktem w opinii publicznej” – Dyrektywa stalinowska, rok 1943

Tym cytatem odpowiadam na zarzuty kłamliwych mediów takich jak Gazeta Wyborcza czy Newsweek, określających Marsz Niepodległości jako „przemarsz nacjonalistów”, a nawet faszystów (dowód – Newsweek o MN, po przejściu na ten link, w artykule, link również do GW).
W rzeczywistości jest to marsz patriotyczny, na który może wybrać się każdy, w tym wielu ludzi, Polaków, patriotów.

Na zarzuty o faszyzm bardzo dobrze odpowiedział już rok temu Rafał Ziemkiewicz, przy okazji ubiegłorocznego Marszu:
Rafał Ziemkiewicz (i JKM) o domniemanym faszyzmie uczestników MN oraz o GW.

PS Przy prowadzonej aktualnie szeroko w lewicowych mediach antypolskiej propagandzie (mówiącej np., że w dzisiejszym świecie nie ma miejsca na patriotyzm), szczególnie w młodym pokoleniu może pojawić się pytanie: po co w ogóle patriotyzm? Otóż patriotyzm to nie tylko wiedza o historii kraju i narodu czy chodzenie na marsze – tym się on oczywiście objawia, jednak powodem istnienia patriotyzmu jest ochrona siebie, swojej własności, rodziny, obyczajów i kultury. Bez patriotyzmu, a więc dbania o swój kraj, szybko zniknie w nim wszystko co istotne – nie tylko to „wspólne”, ale również to Twoje. Stanie się to poprzez zalanie negatywnym wpływem z zewnątrz. Niegdyś były to wojny i wrogi miecz, dzisiaj jest to często atak na nasze zwyczaje i wartości, dlatego warto przyjść.

Przyjdź, zamanifestuj swoje przywiązanie do kraju, historii, zabytków, miejsc w Polsce, które są Ci bliskie, wartości, które wyznajesz i wreszcie ludzi, którzy są tak jak Ty Polakami.
Ja będę. We własnym imieniu serdecznie zapraszam.
Adrian Grzelakowski

______
Strona www Marszu: http://niepodlegli.net/
Start w piątek, pl. Konstytucji, Warszawa, godzina 15:00.

_______________________________________________________________
Na stronie pojawiło się pole Facebookowe – jeśli uważasz, że blog jest warty uwagi i korzystasz z tego portalu – „polub” blog.
Przypominam też o możliwości zapisania się do Newslettera – podobnie jak Facebook – po prawej stronie bloga.

 

Polski system edukacji

 

Jeszcze kilkanaście lat temu system edukacji w Polsce nie był co prawda idealny, ale, przynajmniej w miarę, rozsądny. Dla młodszych czytelników: w dużym skrócie człowiek po ukończeniu ośmiu klas szkoły podstawowej wybierał czy chce iść do szkoły zawodowej, czy do liceum. Ten w miarę racjonalny system zniszczyła reforma z 1999 roku wprowadzająca gimnazja czyli dzieląca system edukacji kolejno na sześć klas podstawówki (2 x po 3), 3 klasy gimnazjów, a następnie 2, 3 lub 4 lata szkoły ponadgimnazjalnej.

Dlaczego uważam takie ułożenie za złe?
Do napisania tego wpisu sprowokowała mnie moja własna ocena systemu edukacji w naszym kraju, która  nie należy do najlepszych. Moim zdaniem stan aktualnej oświaty nie jest zbyt dobry – warto podkreślić, że nie jest to tylko moja ocena – podobnie wypowiadają się znajomi (i nieznajomi) nauczyciele oraz sami uczniowie.  Chcę też zaznaczyć, że oświata i nauczanie to temat bardzo szeroki, dlatego w tym wpisie zajmę się tylko opisem (w rzeczywistości krytyką) aktualnego stanu rzeczy.

Na początek weźmy aspekt psychologicznego rozwoju dzieci i młodzieży – wcześniej młody człowiek będąc w w Szkole Podstawowej czuł się jako dziecko, a następnie idąc do szkoły zawodowej – rozpoczynał już de facto pracę i dorosłe życie, a idąc do liceum – był traktowany jak dorosły. Wprowadzenie sztucznego tworu, jakim jest gimnazjum spowodowało, że młodzież w najgorszym wieku spędzono w jedno miejsce. W opinii dzieci stają się one od tego momentu „młodzieżą” – a jak to tym starszym – więcej im wolno. Spowodowało to znane z telewizji przypadki zakładania nauczycielowi kosza na głowę, a ilość bójek ogromnie wzrosła.

Kolejną sprawą jest realizowany materiał. Z powodu wrzucenia młodzieży w „najgorszym wieku” do jednego worka prowadzenie lekcji jest nierzadko utrudnione, co skutkuje problemem z realizacją materiału i przyswojeniem go nawet przez uczniów, którzy chcą. Zmniejszenie liczby lat z 4 do 3 w liceach (a przy tym zmniejszenie materiału np. z matematyki w gimnazjach – w dawnych podstawówkach uczono trygonometrii, aktualnie w gimnazjach nawet się o niej nie mówi, a słyszałem też o pomyśle usunięcia twierdzenia Talesa) spowodowało ściśnięcie materiału do stopnia, w którym solidne przygotowanie uczniów do matury przez szkołę jest niewykonalne. Nauczanie w liceach stało się pobieżne. Na dowód zacytuję znajomą nauczycielkę, która narzekała na tę sytuację „Kiedyś mało kto chodził na korepetycje. Teraz jest to prawdziwa plaga, co gorsza chodzą na nie też te zdolne dzieci”. Z czego to wynika?
Poza główną przyczyną – małą ilością czasu na realizację programu nauczyciele są wręcz zawaleni robotę papierkową, przez co na przygotowanie się do lekcji mają mniej czasu. Przykładem może być „plan wychowania uczniów”, który nauczyciele układają. Można pomyśleć – pewnie ma to jakiś cel – rzeczywistość jest inna, ponieważ nauczycielom mówi się, że wychowywanie to przerost ich ambicji.

Warto podsumowując powyższe akapity powiedzieć o tym, że gimnazja są wysoce nieefektywne i należy je po prostu zlikwidować. Nie sądzę, aby ktokolwiek potrafił wskazać jakikolwiek argument na ich korzyść.

Czy ktoś mimo to próbował? Otóż tak! Nasza jeszcze aktualna (mam nadzieję, że niedługo) minister edukacji, Katarzyna Hall w wywiadzie dla Super Expressu mniej więcej rok – dwa lata temu powiedziała, parafrazując:
(radzę przełknąć jedzenie/picie, bo poniższy cytat grozi zakrztuszeniem)

„Gimnazja są jakie są, jednak nie można zapominać, że dzięki temu, że powstały, podstawówki stały się bezpieczniejsze”.

Hall na tle ministerstwa
Katarzyna Hall -Minister Edukacji

Tym humorystycznym akcentem kończę, a ocenę wypowiedzi p. minister z oczywistych względów pozostawiam czytelnikowi. :)

PS Na stronie pojawiło się pole Facebookowe – jeśli uważasz, że blog jest warty uwagi i korzystasz z tego portalu – „polub” blog.
Przypominam też o możliwości zapisania się do Newslettera – podobnie jak Facebook – po prawej stronie bloga.

 

Nowej Prawicy sporów z sądami ciąg dalszy – protesty wyborcze

 

Miesiąc temu pisałem:

O wyborach, Sądzie Najwyższym i zastanawiających działaniach PKW

Przedstawiona tam sytuacja ukazywała jak działa PKW, która nie dopuściła do zarejestrowania list jednej z partii w całym kraju, mimo że ta dopełniła wszelkich formalności na czas.
Sąd Najwyższy uznał, że oczywiście skargę rozpatrzyć może, ba! może powiedzieć Nowej Prawicy czy może w wyborach startować, ale… uwaga! – dopiero po wyborach… W efekcie SN nie może zmienić decyzji PKW, ani zmusić jej do przestrzegania prawa, ale może jej decyzję anulować, unieważniając wybory (powodując przy tym kolejne koszty zorganizowania wyborów).
Nowa Prawica, bo o niej mowa, jeszcze przed wyborami, równolegle do skargi do Sądu Najwyższego, złożyła też skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego – co argumentowała tym, że PKW co prawda organem administracyjnym nie jest, jednak sama decyzja o nie dopuszczeniu do wyborów w całym kraju była administracyjną. Co stwierdził WSA?

Rzecznik WSA o skardze NP – FILM

Cytuję „Wójewódzki Sąd Administracyjny (…) w dniu dzisiejszym odrzucił skargę Komitetu Nowa Prawica, uznając, że nie jest sądem właściwym do orzekania w tej sprawie”.
Dochodzi więc do absurdalnej i niebezpiecznej sytuacji, kiedy to ŻADEN sąd nie może kontrolować decyzji PKW w okresie przedwyborczym. Inaczej mówiąc PKW może robić co chce, jest ponad prawem, może tak jak to zrobiła przetrzymywać poprawnie i w odpowiednim czasie złożone wnioski 6 dni i „rejestrować” je po tym czasie, nie dopuszczając jakiejś partii do wyborów.
Co gorsza media i politycy przestali się tą bulwersującą sytuacją zajmować.

W związku z powyższym Nowa Prawica postanowiła złożyć ponownie protest, już teraz – po wyborach.
Janusz Korwin-Mikke i wiceprezes KNP Mieczysław Burchert po złożonym proteście – FILM

W skrócie wnioskują o rozpatrzenie 3 spraw:
1. Określenia czym jest PKW i kto może ją kontrolować (to, że „ktoś musi” określa konstytucja), aby sytuacja opisana wyżej się więcej nie zdarzyła.
2. Unieważnienie wyborów (argumenty świadczące o zasadności dalej)
3. W przypadku braku decyzji o unieważnieniu wyborów, w ostateczności, odszkodowanie.

Czytelnikowi może się wydawać przesadne stwierdzenie, że wybory należy unieważnić – Kongres Nowej Prawicy w tych wyborach, startując w 21 z 41 okręgach, otrzymał 1,06% głosów w skali kraju (Wyniki wyborów 2011). Mogło by się więc wydawać, że wynik 1,06, podzielony przez iloraz 21/41 byłby przybliżonym wynikiem tej formacji w przypadku posiadania list w całym kraju, co dało by około 2,07% i nie zmieniłoby wyniku wyborów.
Jest to jednak mylna interpretacja. Mylna z dwóch powodów.
Przede wszystkim wyborcy byli mylnie powiadamiani przez media, że KNP nie startuje w wyborach (co było kłamstwem), przez co nawet ci, którzy mieli możliwość głosowania na KNP, nie wiedzieli o tym, a inni wiedząc nie chcieli „marnować głosu”. Ponadto Nowej Prawicy nie zarejestrowano w okręgach wielkomiejskich, gdzie ma ona nierzadko znacznie większe poparcie niż w pozostałych: dla przykładu nie zarejestrowano jej listy w Warszawie I (przypominam, że odrzucono bezpodstawnie (podstawa odrzucona przez Sąd Najwyższy) 1600 podpisów!), przez co nie mogli na nią głosować również Polacy przebywający za granicą. Jeżeli dodamy do tego brak dopuszczenia przedstawicieli Nowej Prawicy do debat (a mają oni naprawdę dużo do powiedzenia – formacja ta to nie tylko Janusz Korwin-Mikke), nie uwzględnianie jej w sondażach i niskie zainteresowanie mediów spowodowane brakiem listy ogólnopolskiej, możemy z pewnością stwierdzić, że bariera 3% zostałaby przez tę partię przekroczona bez problemu (a to pozwala na subwencję z budżetu, co dla tak małego ugrupowania jest sprawą istotną), a w zasięgu byłby również pięcioprocentowy próg pozwalający na wprowadzenie posłów do sejmu.

Drugim powodem, chociaż może bardziej implikacją pierwszego jest rzekomy brak wpływu na wynik wyborów – skoro powiedzieliśmy już, że NP była w zasięgu 5%, to mogłoby to w całości przemeblować polską scenę polityczną, jeśli nawet nie w tej kadencji, to w przyszłych, powiadamiając Polaków o ideach wolnorynkowych.

SN ma 90 dni na rozpatrzenie protestu. W przypadku decyzji niezwłocznie o tym poinformuję.

Na koniec chcę powiadomić, że na blogu pojawiła się opcja Newsletter – wpisując swój adres będziesz na bieżąco informawana/y o nowych wpisach. Adres e-mail nie będzie wykorzystywany do innych celów – też nie lubię spamu.

 

Jarosław Kaczyński

 

O Kaczyńskiem, PiSie, PO i mediach

Mało który polityk samą swoją obecnością wywołuje tak silne emocje jak Jarosław Kaczyński, jedni bowiem dali by się za niego pokroić, inni z kolei… chętnie pokroiliby jego. Głośne przywołanie tego nazwiska często kończy się żarliwą dyskusją – część ludzi bowiem obrzuca go niezbyt przychylnymi rzeczownikami (i przymiotnikami), inni – uważają, za świetnego polityka i inteligentnego człowieka. Jaka jest prawda? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie.

Jarosław Kaczyński
Jarosław Kaczyński

Na wstępie chcę zaznaczyć, że nie jestem przeciwnikiem Kaczyńskiego, ani jego zagorzałym zwolennikiem, jednak w wielu inicjatywach (a przynajmniej założeniach) go popierałem i popieram (np. dekomunizacja, lustracja, walka z korupcją). Z góry informuję też, że w tym wpisie zobaczysz wizerunek Kaczyńskiego przedstawiony z nieco innej strony niż zazwyczaj to robią środki masowego przekazu. Artykuł z kolei nie jest na pewno agitacją na rzecz JK, ani PiS.
Jeśli jesteś jednym z jego przeciwników – nie zrażaj się – przeczytaj artykuł mimo to – być może po lekturze nieco inaczej spojrzysz na pewne sprawy.

Trochę historii (w dużym skrócie) – Jarosław Kaczyński urodził i wychował się  na warszawskim Żoliborzu. W 1976 obronił pracę doktorską na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego. W tym samym roku, po wydarzeniach czerwcowych (fali protestów po podniesieniu cen towarów), rozpoczął współpracę z Komitetem Obrony Robotników – pierwszą opozycyjną organizacją występującą przeciwko łamaniu prawa robotników – badał przypadki morderstw dokonanych przez Milicję Obywatelską i Służbę Bezpieczeństwa. Brał też udział w wydawaniu podziemnej prasy.
Po obradach Okrągłego Stołu wraz z bratem Lechem był silnym zwolennikiem lustracji i dekomunizacji. Następnie założyciel partii Porozumienie Centrum i w końcu Prawo i Sprawiedliwość.

Wybory 2005 i rządu PiSu
Na pierwszy plan polskiej polityki wysuwa się po wyborach parlamentarnych w 2005 roku, kiedy to PiS uzyskując 26,99% głosów wygrywa wybory i staje się największą formacją w sejmie. Zaraz za nią plasuje się PO z wynikiem 24,14%. Obie te partie miały w założeniach ogromnej rzeszy wyborców stworzyć koalicję, zwaną często POPiSem. W kampanii wyborczej politycy (również przywódcy) obu partii odnosili się do siebie z życzliwością. Po wyborach parlamentarnych 25 września Donald Tusk głośno zakrzyknął (parafrazuję) „Apeluję do Kaczyńskiego o jak najszybsze stworzenie rządu”. Następujące po tym wydarzenia rządy PiSu są wg mnie mocno wykrzywiane przez dziennikarzy i publicystów na niekorzyść formacji Kaczyńskich.
W październiku 2005 oprócz parlamentarnych, mają też miejsce wybory prezydenckie, które wygrywa Lech Kaczyński, pokonując Donalda Tuska, dla którego z kolei jedne i drugie wybory nie poszły po myśli. Te wydarzenia, być może przez gorycz porażki, gruntownie zmieniają nastawienie Tuska do PiSu i Kaczyńskich. Od tego czasu Tusk i PO odrzucając kolejne propozycje koalicji (PiS proponowało PO połowę ministerstw i fotel marszałka sejmu). Prawo i Sprawiedliwość stworzyło więc rząd mniejszościowy, który zgodnie z oczekiwaniami okazał się skrajnie nieefektywny, ponieważ propozycje ustaw nie otrzymywały poparcia ustawowej większości. W tym czasie Donald Tusk i PO rozpoczęli atak na nowy rząd. Między innymi cytowany w mediach apel Tuska „Niech rząd w końcu zacznie rządzić” powodował spadek poparcia dla rządów PiSu. Gdy PO nie chciało koalicji, a rząd mniejszościowy nie pozwalał na wprowadzenie jakichkolwiek ustaw PiS zaproponował rozwiązanie sejmu i powtórne wybory, na co Donald Tusk  również się nie zgodził.

PiS miał więc trzy opcje:

1. Rządy z PO - niemożliwe, PO odrzuciło propozycję koalicji.
2. Rząd mniejszościowy - nieefektywny z powodu braku większości w sejmie.
3. Stworzyć rząd z „przystawkami” – skoro nie mógł rządzić z PO, ani sam, ponadto PO nie poparło rozwiązania sejmu postanowił wejść w koalicję z LPRem i Samoobroną.

Pragnę zwrócić uwagę, że w związku z powyższą sytuacją nie można krytykować PiSu za koalicję z ww. partiami, bowiem nie miał on wyjścia – jest to fakt niepodważalny. Mógł oczywiście siedzieć 4 lata nie robiąc nic, ale to irracjonalny pomysł (a w tym czasie poparcie dla niego spadłoby do zera).
Od tej sytuacji bierze się początek najbardziej brutalnych ataków na Kaczyńskiego, trwających nadal. Wmawiano i wmawia się mu do teraz upadek moralny i dążenie za wszelką ceną do władzy nawet kosztem koalicji z wymienionymi partiami (w kontraście z brakiem innych możliwości zarzut ten nie wygląda już tak poważnie). Imputowano mu również sianie nienawiści i dzielenie Polaków, jednak chcę zwrócić uwagę na to, że to Platforma Obywatelska zdystansowała się, odrzuciła propozycję i rozpoczęła atak – nie pozwoliła na rozpisanie nowych wyborów, bo chciała sukcesywnie punktować PiS (przy wsparciu ogromnej większości mediów). Uważam, że Jarosław Kaczyński nie jest aż tak agresywną osobą, jak niektórzy chcieliby go przedstawiać, a już na pewno nie jest w tym chaotyczny.

Jarosław Kaczyński – polityk
Jaki jednak jest? Co cechuje go jako polityka? Jakie tak naprawdę ma poglądy?
Rafał Ziemkiewicz w wywiadzie dla Fronda.pl nie bez racji określa go jako „stratega, który obstawia na rulecie „0” i czeka aż ono wypadnie”. Poprzez tę stałość w poglądach ciężko jest nazywać go populistą. On sam ma wyraźnie zarysowane poglądy – silnie konserwatywne w sprawach światopoglądowych, za to w kwestiach gospodarczych i społecznych opowiada się za etatyzmem i solidaryzmem. Jarosław Kaczyński, mimo że przedstawia się go inaczej, jest nastawiony pozytywnie do Unii Europejskiej. Proponuje w niej jednak twardą politykę i walkę o interesy – realizując przez pewien czas taką taktykę ma nadzieję, na osiągnięcie wysokiej, dowodzącej pozycji w UE (kierując się zasadą „Jeśli chcesz by Cię szanowana, szanuj sam siebie).

Aby nie zostać posądzonym o ukrytą agitację na rzecz Kaczyńskiego powiem, że jestem przeciwnikiem zarówno etatyzmu, solidaryzmu jak i integracji europejskiej (poza strefą Schengen i swobodnym handlem w jej obrębie). Chęci zdobycia wysokiej pozycji w UE również nie popieram, gdyż najprawdopodobniej ten twór nie wytrzyma już długo. Jeśli jednak mówimy o  polityce zagranicznej – gdybym  miał wybierać między twardą Kaczyńskiego i uległą Tuska wybieram bez wątpienia tę pierwszą. Hardość tego sposobu prowadzenia polityki jest również przez media przejaskrawiana (ale to już temat na inny wpis…).

 

Wybory 2011

 

Atmosfera oczekiwania opadła. Otrzymaliśmy oficjalne dane ze 100% okręgów od PKW.

Wybory, jak się wydaje, nie przyniosły znaczących zmian w polskiej polityce – może poza jednym: jeszcze miesiąc temu mało kto przypuszczał, że Janusz Palikot znajdzie się w sejmie (a już chyba nikt, że zdobędzie aż 10%). O jego możliwym wpływie na sejm i krajową politykę można powiedzieć wiele, jednak tak naprawdę (dlatego warto poczekać z prognozami) poznamy efekty RP dopiero gdy powstanie nowy rząd, nawet jeśli członków RP w nim nie będzie.
Dlaczego?

Aby odpowiedzieć, warto najpierw skupić się na aktualnej sytuacji w sejmie:
Dane z PKW.gov.pl

Z powyższego rysunku jednoznaczne wynika, że Platforma Obywatelska będzie partią rządzącą, gdyż jedyną inną opcją byłyby rządy Prawa i Sprawiedliwości z pozostałymi ugrupowaniami – Ruchem Palikota, Polskim Stronnictwem Ludowym i Sojuszem Lewicy Demokratycznej. Koalicję z RP i SLD wyklucza zarówno PiS, jak i obie partie, a koalicja PiSu z samym PSLem nie daje większości.

Z kim więc w koalicję wejdzie PO?
PO jest w o tyle komfortowej sytuacji, że wszystkie 3 partie (SLD, RP, PSL) są skłonne do wejścia w koalicję i każda z nich osobno daje większość. Donald Tusk powiedział na razie 2 istotne zdania – pierwsze, że chce budować koalicję z PSLem – dokładniej, że w rządzie nie będzie zmian do końca polskiej prezydencji oraz drugie, znacznie ciekawsze, w wywiadzie dla „Polityki” – „Nie ukrywam, że najwięcej szans na współpracę nad konkretnymi ustawami, na przykład deregulacyjnymi, dostrzegam właśnie w Ruchu Palikota” – widać więc, że Tusk „bada grunt” – sprawdza jak taką ewentualną koalicję zinterpretuję media i wyborcy, wyciągając lekko rękę do Palikota. Dodajmy do tego, że dwoje posłów z RP dostało już propozycje objęcia fotela ministra ds. mniejszości seksualnych i zaczyna robić się ciekawie, gdyż najprawdopodobniej przez najbliższe miesiące (jak już wspominałem, do zakończenia okresu polskiej prezydencji) będziemy świadkami politycznej rozgrywki między partiami – nie do końca jawnej walki między PSL, a RP.
Myślę, że Donald Tusk (przynajmniej na razie) nie zaryzykuje oficjalnej koalicji z Palikotem, ponieważ często staje się on nieobliczalny i nieprzewidywalny. Oprócz kilka zmian w fotelach ministrów, w koalicji rządzącej zostanie PSL, jednak do przeforsowania pewnych, co do których PSL może nie być przychylny, ustaw – PO może posłużyć się Ruchem Palikota, którego Ruch w zamian będzie chciał, jak zapowiedział, w pierwszej kolejności dofinansowywania z budżetu państwa metody in-vitro oraz zalegalizowania związków partnerskich.
Wybory dają PO, paradoksalnie, bo pomimo mniejszego poparcia niż w poprzednich, większą władzę, bo nie tylko ma możliwość przebierania w koalicjantach, ale też… Palikota (jako nie-koalicjanta), który realnie zapewnia: „Jesteśmy w stanie poprzeć rząd Platformy Obywatelskiej nie wchodząc do rządu, tylko wskazując na bezpartyjnych kandydatów do objęcia stanowisk”.

Jak na razie trzecia „mała” partia w sejmie – SLD – nie jest najwidoczniej brana pod uwagę, bo sama jej struktura będzie przechodziła gruntowne zmiany. Wystarczy wspomnieć o szefie partii – Grzegorzu Napieralskim, który z powodu słabego wyniku wyborczego zapowiedział, że nie będzie się po raz kolejny ubiegać o tę funkcję. Najmniejsza liczba posłów w parlamencie zmniejsza dodatkowo szanse SLD.

Same wybory wykazały pewien zastój: z nowych formacji – do świadomości publicznej przebił się co prawda Ruch Palikota, ale dwie największe partie utrzymują ciągle duże poparcie, a koalicja PO-PSL może rządzić nadal.
W kwestii przyszłego rządu możemy być pewni zmian – Tusk zapowiedział m.in. zmianę w fotelu ministra edukacji (dotychczasowa minister: Katarzyna Hall). Można się też spodziewać zmiany Cezarego Grabarczyka (min. infrastruktury). W swoich resortach, zgodnie z zapowiedziami, pozostaną jednak ministrowie mocno krytykowani przez opozycję – Jacek Rostowski (min. finansów) i Ewa Kopacz (min. zdrowia).

 
Ankieta

Czy odwiedzałeś wcześniej blog?

View Results

Loading ... Loading ...
Reklama
Reklama
Kontakt z autorem
Masz pytanie? Propozycję? Uwagi? Chcesz się skontaktować?
Pisz na: polityczny.net23@gmail.com
Newsletter

Subskrybuj blog - newsletter


Newsletter Plugin by Bulk Email Software

Statystyki
Online: 0